Reklama Patronat Koncert życzeń Kontakt
Słuchaj nas: Kielce 107,9 FM | Busko-Zdrój 91,8 FM | Święty Krzyż 91,3 FM | Włoszczowa 94,4 FM
Tryb Ciemny
eM Radio
WŁĄCZ RADIO
OTWÓRZ NA TELEFONIE
Kod QR
Felieton Tomasza Natkańca: Superbohaterka
autor
Tomasz Natkaniec
-39147 sekund temu

Dziś może nie będzie za bardzo „na gorąco”, bo temat pojawił się kilka dni temu. Mówię o uhonorowaniu  przez pismo „Wysokie Obcasy”, dodatek do „Gazety Wyborczej”, ginekolog Gizeli Jagielskiej, tytułem Superbohaterki. Przypomnę: to ta pani, która uśmierciła 9-miesięcznego Felusia zastrzykiem z chlorku potasu, bo jego matka powołała się na zagrożenie  zdrowia psychicznego w przypadku donoszenia ciąży. Przypomnę też, że niektórzy reprezentanci środowisk konserwatywnych  określili ją z tego powodu „doktorem Mengele w spódnicy”.

 

Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że w ubiegły weekend, będąc w Tarnowie na wystawie malarstwa Zofii Stryjeńskiej, natknąłem się na inną wystawę, poświęconą pewnej bardzo mało znanej młodej kobiecie: Stefanii Łąckiej. Niebawem minie 80. rocznica jej śmierci.

Panna Łącka to jedna z tych postaci, które na pewno nie myślały o wystawach im poświęconych, a jednak  historia ich życia rozbrzmiewa doniośle niczym Dzwon Zygmunta. Odznaczała się niezwykłym heroizmem, ale nie polegał na jednym spektakularnym czynie, lecz konsekwentnej, cichej odwadze dzień po dniu, w miejscu, gdzie człowieczeństwo było bezwzględnie niszczone - obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Przyjechała  tam jednym z pierwszych transportów, nieludzko skatowana podczas śledztwa, w czasie którego nie wydała nikogo ze swej organizacji konspiracyjnej, bo oczywiście działała w konspiracji. W Auschwitz nosiła numer 6886. Była tam prawie cztery lata.

Na czym polegał jej heroizm? Pierwszym jego wymiarem było fałszowanie dokumentów więźniarek - a mogła to robić, pracując w obozowej kancelarii. Zmieniała ich dane tak, by nie trafiły do komory gazowej. W realiach obozu było to igranie ze śmiercią – gdyby ją przyłapano, skończyłaby natychmiast rozstrzelana lub zagazowana. 

Drugim wymiarem  heroizmu była pomoc duchowa i psychiczna. W świecie, gdzie ludzi redukowano do numerów, ona przywracała im imiona. Rozmawiała, podtrzymywała na duchu, przypominała o godności. I nie tylko. Była gotowa na najwyższe poświęcenie. W czerwcu 1942 roku z komanda Polek uciekła jedna z więźniarek. Karą  miało być dziesiątkowanie polskich komand. Gdy większość kobiet ogarnął strach przed śmiercią, Stefania  zachowywała absolutny spokój. Powiedziała do swojej koleżanki: „Nie martw się, Helenko, gdyby wyczytali twój numer, to ja wystąpię z szeregu. Jesteś zdrowa i powinnaś przeżyć”. Nic dziwnego, że więźniarki traktowały ją jak autentycznego anioła dobroci zesłanego im do pomocy w ciele drobnej, pięknej dziewczyny.

Trzecim wymiarem było dzielenie się tym, czego praktycznie nie było. Jedzenie, drobne przywileje wynikające z pracy w kancelarii – oddawała je słabszym. W obozie to nie był gest dobroczynności, tylko absolutnie realne skracanie własnych szans na przeżycie. Są też świadectwa, że podejmowała ryzyko interwencji w sprawie konkretnych więźniarek, wykorzystując swoją znajomość języków i oczywiście ryzykując życie. Wielokrotnie. I wreszcie coś najtrudniejszego do uchwycenia, a może najważniejszego: zachowała wewnętrzną wolność. W miejscu totalnego zniewolenia nie przyjęła logiki nienawiści. Modliła się za oprawców. Codziennie. Żarliwie. 

Stefania przeżyła Auschwitz, ale wycieńczony organizm nie wytrzymał długo. Zmarła w wieku 33 lat, w 1946 roku. W Tarnowie i jego okolicach uważana jest za świętą, choć dopiero zaczął się proces jej beatyfikacji. Ja zastanawiam się, czy w oczach pań redaktorek Wysokich Obcasów zasłużyłaby na tytuł superbohaterki? Bo że modli się za nie i za panią Gizelę Jagielską - tego jestem dziwnie pewien.

CZYTAJ DALEJ