Reklama Patronat Koncert życzeń Kontakt
Słuchaj nas: Kielce 107,9 FM | Busko-Zdrój 91,8 FM | Święty Krzyż 91,3 FM | Włoszczowa 94,4 FM
Tryb Ciemny
eM Radio
WŁĄCZ RADIO
OTWÓRZ NA TELEFONIE
Kod QR
Ciągle uczę się czegoś nowego. Rozmowa z Rafałem Olbińskim, światowej sławy grafikiem i plakacistą
autor
Beata Kwieczko
2026.06.01 15:40

Wojenne wspomnienia z dzieciństwa, szkolne przygody i pierwsze fascynacje sztuką składają się na opowieść znanego malarza, rzeźbiarza i pisarza o Kielcach, które odegrały ważną rolę w jego życiu. Artysta wspomina miejsca, ludzi i wydarzenia, które go ukształtowały, a także wyjaśnia, dlaczego mimo międzynarodowej kariery wciąż z sentymentem wraca do rodzinnego miasta.

- Jakie są Pana najwcześniejsze wspomnienia związane z Kielcami?

- Nie wiem, czy to są moje wspomnienia, czy zostały mi narzucone, ale są związane z wojną. Pamiętam huk, łomot i hałas, a później dowiedziałem się, że wtedy przez Kielce przechodził front radziecki. Kolejne wspomnienia są dość zabawne. Wychowywałem się w okolicach garbarni, a wtedy wszystkie zakłady przemysłowe były chronione przez wojsko. Tam była taka stróżówka, w której było kilku żołnierzy. Jeden z nich, który był Rosjaninem, uczył mnie grać w warcaby, ale graliśmy prawdziwymi kulkami. On miał takie dosyć specyficzne poczucie humoru, bo na przykład,  jak miałem ładne ubranko, wkładał mnie do beczki po smole. Potem moja mama musiała mnie czyścić benzyną, a on śmiał się, że zrobił mi świetny dowcip.

- A jak Pan wspomina czasy szkolne?

- Chodziłem do szkoły chyba numer trzy, która znajdowała się w okolicach Karczówki. Nie byłem specjalnie najlepszym uczniem, ale pamiętam, że to były zabawne czasy. Był taki moment, który był dla mnie bardzo traumatyczny. Kiedyś, wczesną zimą lepiliśmy piguły i rzucaliśmy do takich paru starszych chuliganów. Jeden z nich był ich szefem i wszyscy się go bardzo bali. Rzuciłem śnieżką i modliłem się, żeby przez przypadek nie walnąć go w głowę. Niestety trafiłem, co skończyło się dla mnie rozbitym nosem. Ze szkolnych czasów pamiętam też moje pierwsze miłości i zauroczenia różnymi koleżankami. Jedna z nich miała na imię Kamila i była najładniejsza i najzdolniejsza w klasie. Ja miałem same trójki i nie mogłem jej w żaden sposób zaimponować, ale pisałem do niej wiersze. Ona była przekonana, że ich autorem jest mój kolega i zakochała się właśnie w nim. To później w pewnym sensie zdefiniowało moje wszystkie relacje z kobietami.

- A szkołę średnią jak Pan wspomina?

- Uczyłem się w gimnazjum imienia Stefana Żeromskiego, jeszcze w starym budynku, gdzie czuło się ducha literatury i historii. Miałem fantastycznego profesora od języka niemieckiego, który w pewien sposób wywarł wpływ na moje życie. To był niezwykle kulturalny człowiek, który znał łacinę, grekę i język francuski. Zabierał nas też do filharmonii. Po latach okazało się, że łacińskie sentencje, których nas uczył, przydawały mi się podczas przyjęć w Nowym Jorku, bo wszyscy byli pod wrażeniem i stawiało mnie to na wyższym stopniu drabinki społecznej.

- Czyli zaszczepił w Panu miłość do sztuki.

Tak mi się wydaje, chociaż wtedy o tym nie wiedziałem. Zasiał we mnie ziarno, a to, co kiedyś wydawało mi się nudne i niepotrzebne, przydało mi się w przyszłości. Dlatego jestem mu za to bardzo wdzięczny.

- A jakie emocje towarzyszą Panu przy powrotach do Kielc?

- Są mieszane. To już nie są Kielce mojego dzieciństwa. Wyjechałem stąd, kiedy miałem 17 lat i później wracałem tu sporadycznie. Miasto bardzo się zmieniło. Najbliższe pozostają mi centrum, park, okolice katedry i ulica Sienkiewicza. Kiedyś wokoło wszędzie były wioski z łąkami i rzeczkami, a teraz są wszędzie nowe osiedla, których w ogóle nie mam znam. Jednak każdy powrót do Kielc jest trochę podróżą do przeszłości i szukaniem śladów miejsc, które mnie ukształtowały.

- Mimo międzynarodowej kariery wraca Pan do Kielc na spotkania z publicznością. Jak odbiera Pan tutejszych odbiorców sztuki?

- Zaczęło się przypadkiem od jednego spotkania autorskiego, a potem to stało się już tradycją. To motywuje mnie do ciągłego tworzenia. Choć przede wszystkim jestem malarzem i rzeźbiarzem, coraz więcej piszę. Ostatnio wydałem książkę „Mój Nowy Jork”, a niedawno zacząłem także tworzyć poezję i opowiadania. Myślę nawet o powieści kryminalnej. Uważam, że medium nie jest najważniejsze, bo chodzi o to, czy artysta ma coś do powiedzenia.

- A jak reaguje Pan na to, że kielczanie traktują Pana jako jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów związanych z miastem?

- To dla mnie bardzo miłe i wzruszające, chociaż trochę mnie to dziwi. Jestem raczej stoikiem i cynikiem, ale świadomość, że moja sztuka porusza ludzi i wywołuje emocje, daje mi ogromną satysfakcję i w pewnym sensie spełnienie.

- A jakie ma Pan najbliższe plany, oczywiście związane ze sztuką?

- Cały czas rodzą się nowe pomysły. Piszę kolejne opowiadania, myślę o książce kryminalnej, może nawet o filmie. Oczywiście nadal maluję. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby ciągle się rozwijać i uczyć czegoś nowego. Ktoś to kiedyś powiedział, że kiedy człowiek przestaje się uczyć, to przestaje żyć i właśnie to daje mi energię do dalszego działania.

- Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała Beata Kwieczko

CZYTAJ DALEJ