Kto był w Neapolu, ten to wie: jego mieszkańcy są nacją, która czci jedną kobietę - Matkę Boską - i dwóch mężczyzn: Jezusa Chrystusa i Diego Maradonę. Cała trójka jest obecna wszędzie, ten ostatni jednak bardziej niż dwoje pierwszych, bo wizerunek Argentyńczyka spotkacie na elewacjach wielkich wieżowców, muralach, pamiątkach dla turystów, nawet w kościołach. Ale nie będę opowiadał Państwu o fenomenie boskiego Diego lecz innym, znacznie ciekawszym: krwi świętego Januarego i jej przemianie.
Cudzie, w którym miałem niezwykłe szczęście uczestniczyć niespełna dwa tygodnie temu. Tak zwanym przypadkiem, bo jadąc do Neapolu nie miałem zielonego pojęcia, że wydarza on się zawsze w pierwszą sobotę maja.
Kim był święty January? Biskupem Benewentu, żył na przełomie III i IV wieku. Zginął podczas prześladowań cesarza Dioklecjana. Został ścięty mieczem około 305 roku. Jedna z neapolitanek zebrała jego krew do dwóch szklanych ampułek. Przez stulecia relikwie przechowywano i otaczano kultem, aż stały się jednym z najważniejszych symboli miasta. Kilka razy w roku, mniej więcej od 1315 roku, dochodzi do zjawiska zwanego „cudem upłynnienia”. Ciemna, zaschnięta substancja w ampułce nagle staje się płynna. Dla Neapolitańczyków to znak obecności świętego i jego opieki nad miastem.
Oczywiście współczesny świat od lat pyta: „dobrze, ale co mówi nauka?”. Cóż… Badania spektroskopowe krwi Januarego z 1902 i 1988 roku wykazały widma odpowiadające hemoglobinie i produktom jej rozpadu. Innymi słowy: substancja zachowuje się jak krew. To jednak nie jest pełny dowód biologiczny. Nie pobrano próbki do nowoczesnych analiz laboratoryjnych, bo relikwia jest obiektem kultu i Kościół nie zgadza się na jej naruszenie. Największą zagadką pozostaje to, dlaczego krew zmienia konsystencję. I właśnie tutaj nauka zaczyna się jąkać. Są różne hipotezy, ale żadna tego nie tłumaczy. Czasem krew upłynnia się natychmiast, czasem bardzo wolno, czasem częściowo, a bywały lata, gdy nie dochodziło do cudu wcale.
Neapolitańczycy słuchają tych analiz z ironiczną pobłażliwością, po czym spokojnie czekają na kolejny cud przemiany. Jak wygląda? Spektakularnie. Wiem, bo widziałem go na własne oczy z bardzo bliska: w pierwszą sobotę maja cały Neapol zgromadził się przed katedrą i czekał, aż arcybiskup wyniesie przed nią wysoki relikwiarz z osadzoną na nim okrągłą płaską szklaną ampułką. W końcu, tuż po godzinie siedemnastej, wyniósł. Wszyscy zastygli w napięciu. Zaczęły trzaskać migawki aparatów fotoreporterów. Arcybiskup wolno powiódł wzrokiem po twarzach milczących wiernych i w końcu łaskawie poruszył kilka razy relikwiarzem, a krew zaczęła sobie… pływać.
Niektórzy ludzie dookoła mnie wpadli w szał radości: klaskali, wrzeszczeli, obejmowali się nawzajem, a po twarzach tego i owego płynęły łzy szczęścia i wzruszenia. Niektórzy jednak stali sobie spokojnie, obserwując i krew, i zachowanie tych pierwszych - to byli turyści. A potem jedni i drudzy ruszyli w procesji do pobliskiego kościoła.
Tak właśnie Neapolitańczycy dają wyraz swojej wdzięczności dla Januarego. Bo gdy krew się upłynnia, z Neapolem wszystko będzie okej. Bóg oszczędzi mu trzęsienia ziemi, Wezuwiusz raczej nie wybuchnie i może nawet SSC Napoli zdobędzie mistrzostwo Włoch. Kto wie?