I tak będziemy jeść fast foody! – odgrażają się uczniowie, wściekli na panią premier Ewę Kopacz i Ministerstwo Zdrowia, zakazujące sprzedaży śmieciowego jedzenia w szkołach. Wygląda na to, że postawią na swoim.
Ministerstwo Zdrowia do sprawy podeszło bardzo poważnie. Urzędnicy opracowali szczegółową listę produktów, które mogą być sprzedawane w sklepikach szkolnych. Zniknęła z nich niezdrowa żywność, między innymi wysokokaloryczne batony i fast foody. W szkolnych stołówkach potrawy są delikatniej przyprawiane. Rozporządzenie obowiązuje od 1 września.
Do postanowienia ministerstwa od razu dostosował się Zespół Szkół Katolickich Diecezji Kieleckiej w Kielcach. Uczniowie nie kupią tu już nic niezdrowego. – Zamiast frytek i zapiekanek są bułki z ciemnego pieczywa, sałatka warzywna, owoce i jogurty. Oczywiście już wcześniej proponowaliśmy uczniom zdrową żywność. Teraz jest jej jeszcze więcej, a zniknęło wszystko, co ministerstwo uznało za nieodpowiednie – mówi Anna Pierzak, wicedyrektor Zespołu Szkół Katolickich im. św. Stanisława Kostki.
Władze szkoły wiedzą jednak, że tak radykalna zmiana nie podoba się uczniom. Wie o tym także Ewa Gawlik, właścicielka stołówki i sklepiku szkolnego: – Dla młodzieży to był na początku szok. Przychodzili po coś słodkiego, a tu ani batona, ani czekolady!
Nowe przepisy krytykuje Janusz Michałkiewicz, właściciel sklepiku w VI Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego w Kielcach: – Z dnia na dzień musiałem zmienić cały asortyment, szukać nowych dostawców, ubiegać się o kolejne pozwolenia Sanepidu. Długo można wyliczać. Gdyby to się jeszcze opłacało! Połowa uczniów zaopatruje się poza szkołą i nic dziwnego, bo to są dorośli ludzie, którzy potrafią dużo zjeść, a to, co zaproponowało ministerstwo, służy bardziej za przekąskę niż syty posiłek. Nie jestem przeciwko zdrowej żywności w szkole, uważam, że powinna być dostępna w placówkach, ale uczniowie powinni mieć wybór.
Sklepikarze załamują ręce, bo zmiana towaru to również podwyżka cen. – Nie wszystkich uczniów stać na droższe jedzenie. Brak klientów to dla nas brak dochodów, a przecież musimy płacić dostawcom i za czynsz. Już kilka osób straciło pracę – mówi Michałkiewicz.
Sensu w w tym wszystkim nie widzi także Dariusz Musiał, właściciel sklepiku w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Józefa Piłsudskiego: – Młodzież przynosi do szkoły wszystko. To są pełnoletni ludzie, kupują papierosy, alkohol, a w szkole nie mogą kupić batona. Inne zarządzenia ministerstwa też nie są do końca przemyślane. Tak jest chociażby w przypadku słodzenia herbaty miodem. Przecież herbatę podajemy gorącą i każdy wie, że jeśli dodamy do niej miodu, to traci on swoją wartość. Czy to ma jakiś sens?
Opinie wśród uczniów są podzielone, a na przerwach kolejka do sklepików ustawia się jak dawniej. – Przecież musimy coś jeść, a nie wszyscy rano mają czas, żeby zrobić kanapkę do szkoły. Poza tym czasem dobrze jest przekąsić coś zdrowego – mówi jeden z uczniów.
Pomysł ze zdrową żywnością podoba się Klaudii Gajewskiej, uczennicy z Zespołu Szkół Katolickich im. św. Stanisława Kostki: – Taka zmiana powinna być wprowadzona już dawno. Uczniowie, zwłaszcza ci najmłodsi, muszą wiedzieć, że do prawidłowego rozwoju potrzebne jest prawidłowe żywienie. I szkoła jest też po to, by im to ułatwiać.
Przeciwna zmianie jest Julia Bracichowicz, uczennica VII LO im. Józefa Piłsudskiego: - Dla mnie te przepisy są bez sensu. Przecież jak ktoś zechce kupić coś niezdrowego, i tak to zrobi poza szkołą.
Maks Tumulec z L.O. im. J. Słowackiego twierdzi, że wprowadzone zmiany ograniczają uczniów: – Taka inicjatywa może przejść w podstawówkach, bo tam najczęściej dorośli decydują, co dziecko je. W szkołach średnich już nikt nie pyta rodziców, czy może kupić sobie batona. Powinniśmy mieć prawo wyboru.
Maks nie kryje, że uczniowie chodzą do okolicznych sklepów. Dzieje się tak nie tylko w tym liceum. Co więcej, niektórzy zamawiają fast foody do… szkoły, by najeść się na długiej przerwie.
- Śmieciowe jedzenie uczniowie mogą kupić wszędzie, ale usunięcie go ze szkół jest słuszne – uważa dietetyk Sylwia Strojek. - Szkoła ma być wzorem dla uczniów. Wprowadzenie w sklepikach tylko zdrowej żywności na pewno przyniesie wiele dobrego. Odpowiednia dieta zapewnia prawidłowy rozwój, nie tylko fizyczny, ale i umysłowy. W jadłospisie każdego z nas powinny być produkty naturalne, pełnoziarniste. Słodka bułka czy baton też dają energię, ale na krótko, w dodatku zawierają puste kalorie. A kasza i makarony sycą na długo.
***
Wygląda jednak na to, że przepisy sobie, a życie sobie. Któryś z publicystów zażartował nawet, że wprowadzone ograniczenia mają jeszcze jedną dobrą stronę: uczą młodych ludzi… przedsiębiorczości. W wielu szkołach bowiem już działają dilerzy batonów, cukru i soli. I pewnie będzie ich coraz więcej.
Iwona Gajewska