Makaron z mlekiem kosztuje w barze mlecznym tylko 1,20 zł. Zupa jarzynowa – 2,36 zł. Kasza gryczana z masłem – 2,08 zł. No, ale można też zaszaleć i zamówić bigos za 5,33 zł. Albo popaść w zupełną rozpustę i spałaszować pieczeń wieprzową z sosem – 6, 55 zł.
Tak, dobrze Państwo przeczytali: pieczeń wieprzową. Takie danie można dostać w obydwu kieleckich barach mlecznych, bo już dawno minęły czasy, gdy mogliśmy w podobnym miejscu zjeść jedynie potrawy mączne. Pytanie: jak długo bary mleczne pociągną?
Kilka tygodni temu równie gorliwi, co bezmyślni urzędnicy Ministerstwa Finansów postanowili bohatersko uratować Skarb Państwa kosztem klientów takich barów. Upichcili rozporządzenie, które znacznie ogranicza liczbę dotowanych przez państwo... przypraw. I teraz już nie wiadomo, co gotować, żeby ludziom smakowało...
Pora obiadowa. Bar „Turystyczny” przy ulicy Żelaznej. Trudno o wolny stolik. Przy jednym z nich pani Irena, starsza, miła kobieta. Z wielkim apetytem je filet rybny: – Wie pani, ja jestem stara, w dodatku sama. Mnie nie opłaca się gotować dla jednej osoby. A to miejsce znam od bardzo dawna. Kiedy moja mama podupadła na zdrowiu i nie miała już sił, żeby się kręcić po kuchni, ja, młoda pracująca dziewczyna, przychodziłam jeść właśnie tu. Zawsze byłam zadowolona. Teraz jestem w tym barze codziennie. Tu jest naprawdę bardzo dobrze. Myślę, że większość klientów też jest tego zdania… Zresztą niech pani spojrzy, ilu tu ludzi. To miejsce jest naprawdę potrzebne wszystkim. Tanio i smacznie. A to w dzisiejszych czasach ważne.
Okazuje się, że w „Turystycznym" jedzą nie tylko emeryci, którzy liczą każdy grosik. Nie brakuje… studentów.
– Pierwszy raz przyszłam tu z koleżanką, jakoś zimą – opowiada Karolina. – Pamiętam, że byłam jednym soplem lodu, a ona ciągała mnie po sklepach. Żeby się zrewanżować, zaprosiła mnie na obiad, właśnie tutaj. Na początku nie byłam przekonana, nie jadło tu tylu ludzi, co teraz, więc nie wiedziałam, czy to miejsce sprawdzone. Ale zaryzykowałam. Zamówiłam naleśniki, naprawdę smaczne, a jakie tanie! No i potem, gdy miałyśmy okienko, wybierałyśmy się tu albo do „Jasia i Małgosi” na Żeromskiego, zależy, gdzie miałyśmy bliżej – dopowiada, śmiejąc się.
No właśnie: „Jaś i Małgosia”. Tu też nie brakuje klientów. Oto pani Jolanta, która grzebie w przepastnej torbie. Po chwili wyjmuje z niej… przyprawy. Doprawia nimi zupę: – Ja jestem biedna, chodzę do tego baru od dawna. Czasami jem na „kartki”, które dostaję z MOPS. Gdyby nie to miejsce, to niekiedy nie miałabym co do ust włożyć. Czasami gotuję w domu, ale przeważnie stołuję się tutaj.
Widać po niej, że wstydzi się swojej biedy. Nie chce opowiadać, w jakich warunkach żyje, nie chce też mówić o rodzinie. Zdawkowo wyjaśnia, dlaczego doprawia zupę własnymi przyprawami. Chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, że ministerstwo kilka tygodni temu wydało to nieszczęsne rozporządzenie, w którym nie uwzględnia dofinansowania większości przypraw i składników. – Tu jest naprawdę bardzo smacznie, ale czasem sama doprawiam jedzenie, bo lubię troszkę ostrzejsze. A że mam swoje przyprawy, to nie proszę o nie tutaj – spogląda na mnie niepewnie.
Prezes PSS „Społem” Helena Gontarz kiwa głową: – Rzeczywiście, w tym roku, w rozporządzeniu Ministerstwa Finansów o dotacjach nastąpiła zmiana. W poprzedniej wersji było choćby więcej dotowanych składników. W tej brakło na przykład wody i większości przypraw. Co możemy gotować z tych dotowanych składników? Na przykład tylko cztery rodzaje zup: mleczną, pieczarkową, ogórkową i pomidorową. Na szczęście ministerstwo pracuje już nad zmianą rozporządzenia. Co z tego wyniknie? Okaże się w tym miesiącu.
Placówki "Społem" w styczniu gotowały nie tylko te cztery zupy, ale i pozostałe, nieobjęte dotacją. – Chociaż nie wiem, co się stanie, gdyby rozporządzenie nie zostanie wycofane. Mam nadzieję, że jest ono tylko niedopatrzeniem, że ktoś po prostu popełnił błąd i wszystko niebawem wróci do normy – wzdycha pani prezes. – Myślę, że Polska bez barów mlecznych to taka Polska, której czegoś będzie brakować. Przecież nawet przewodniki turystyczne je uwzględniają.
* * *
– Niech pani napisze, żeby dali te dotacje… – prosi pani Jola, gdy wyjaśniam jej, że niedługo, z powodu oszczędności ministerialnych urzędników, może być skazana na bardzo skromny wybór z jadłospisu. – Przecież dla nas, biednych, to… Sama pani rozumie. Gdzie my zjemy taniej?
Iwona Gajewska