Niedawno do naszej redakcji wpłynęła anonimowa wiadomość dotycząca domniemanych nieprawidłowości przy prowadzeniu zbiórek przez Fundację Skrzydlate Serce. Jedna z informacji dotyczyła sposobu wynagradzania osób uczestniczących w zbiórkach charytatywnych. Według informatora osoby zbierające datki miały otrzymywać… połowę pieniędzy zebranych do puszki.
Założycielka fundacji, Ewelina Smolarczyk, stanowczo zaprzecza zarzutom:
– To pomówienia. Dzieci otrzymują normalną stawkę, ustaloną na podstawie umowy zlecenia. Staramy się zatrudniać młodzież w wieku szkolnym i studentów. Rozliczamy się na podstawie listy płac. Dzieci wpisują liczbę przepracowanych godzin i na tej podstawie otrzymują wynagrodzenie wynikające ze wspomnianej umowy, niezależnie od tego, ile pieniędzy zbiorą. Środki na wypłaty uzyskaliśmy od prywatnych darczyńców – mówi Ewelina Smolarczyk.
Z grupowej konwersacji pracowników i zarządzających fundacją prowadzonej na komunikatorze wynika jednak, że uczestnikom zbiórek przekazywano inne informacje dotyczące zasad ich wynagradzania. Cytujemy:
„Jeśli zbieracie w parach, bo tak najczęściej chodzicie, to pamiętajcie, że wtedy dzielimy puszkę na pół i wy bierzecie połowę. Czyli na przykład jeśli łącznie macie w puszce 400 zł, to dostajecie 200 zł i tym się dzielicie”, czytamy we wpisie Eweliny Smolarczyk.

Rozmawialiśmy z osobą uczestnicząca we wspomnianych zbiórkach:
– Dostajecie pieniądze tego samego dnia czy raz w miesiącu? – zapytaliśmy.
– Tego samego dnia. Idziesz, oddajesz puszkę i liczą to, co ci dadzą.
– Z pieniędzy z puszki?
– Tak. Połowa dla ciebie i połowa dla nich.
Zapytaliśmy zatem założycielkę fundacji, czy darczyńcy są informowani o tym, że część pieniędzy wrzucanych do puszek jest (według informacji wynikających z powyższej konwersacji) przeznaczana na wynagrodzenia osób prowadzących zbiórkę. Ewelina Smolarczyk i temu zaprzecza:
– Generalnie trafia całość. My z tych puszek nie wypłacamy wynagrodzeń ani nie pokrywamy żadnych kosztów. Wszystkie materiały kupiliśmy z własnych środków. Wszystko, co zostanie wrzucone do puszki, musi zostać przeznaczone na Leosia (Kotarzewskiego - red.), ponieważ zgłaszając zbiórkę zadeklarowaliśmy, że koszty organizacyjne będą zerowe. Znaleźliśmy prywatnych darczyńców, którzy przekazali środki na ten cel. Dzięki temu całość pieniędzy z puszek trafi do dziecka – przekonuje Ewelina Smolarczyk.
Do redakcji trafiły też inne zrzuty ekranu z grupowej konwersacji. Jeden z uczestników zapytał:
„Ile procent z tego w ogóle dostaje Leoś? Niektórzy się pytają i nie wiem, co mówić.”
W odpowiedzi przedstawiciel fundacji napisał:
„Po odliczeniu waszego wynagrodzenia i kosztów organizacyjnych (zakup materiałów itd.) dla Leosia przekażemy około 40%.”
Na tę wiadomość Ewelina Smolarczyk odpowiedziała na grupie tak:
„Tak możecie mówić ludziom. To dla jego rodziców i tak daje ogromne wsparcie w walce o lepsze jutro.”
Zapytaliśmy panią Smolarczyk, czy jest autorką wspomnianych wpisów. W wyznaczonym przez nas terminie nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wysłaną wiadomość.

O ocenę przedstawionej sytuacji poprosiliśmy prawnika.
– Jeżeli darczyńcy nie są informowani, że część przekazywanych przez nich środków trafia do osób zbierających, a nie do beneficjenta zbiórki, sytuacja ta może rodzić ryzyko odpowiedzialności cywilnej, administracyjnej, a w określonych okolicznościach również karnej, w szczególności w przypadku wprowadzenia darczyńców w błąd co do rzeczywistego przeznaczenia wpłat – mówi Agnieszka Lasota-Kita.
Jak podkreśla prawnik, co do zasady środki zebrane podczas zbiórki powinny zostać przeznaczone na cel wskazany w zgłoszeniu. Dopuszczalne są jedynie uzasadnione koszty organizacyjne, które muszą być odpowiednio udokumentowane i ujawnione.
– Część środków może zostać przeznaczona na inne koszty niż samo leczenie dziecka, ale tylko przy pełnej jawności. Jeżeli brak jest oficjalnych rozliczeń albo pojawiają się sprzeczne komunikaty, z prawnego punktu widzenia jest to sytuacja ryzykowna – dodaje.
Dodajmy, że Fundacja Skrzydlate Serca prowadzi zbiórkę na rzecz czteroletniego Leosia Kotarzewskiego, który choruje na niezwykle rzadki zespół Nicolaides-Baraitser oraz lekooporną padaczkę. Jak czytamy na stronie zbiórki, chłopiec wymaga kosztownego leczenia, częstych wizyt u specjalistów oraz intensywnej rehabilitacji, która pomaga odzyskiwać utracone umiejętności po napadach padaczki.
Do osiągnięcia celu brakuje jeszcze ponad 92 tysięce złotych. Strona Siepomaga również prowadzi zbiórkę na rzecz dziecka.