Gdy nasz dzielny zespół piłkarski dostawał baty w Gdyni w meczu pucharowym z tamtejszą Arką, pewien doświadczony szpieg Plotkarza wyruszył tropem bramkarza Zbigniewa Małkowskiego, który pozostał w Kielcach.
Trop zaprowadził go do jednego z dyskontów. Tu szpieg (co sam przyznaje) na chwilę stracił pana Zbyszka z pola widzenia. Ale nagły, niebywały harmider i powstały w jego wyniku - nie bójmy się tego słowa: bajzel - szybko mu dopomogły. To pan Zbyszek wpadł na wagę. Ta runęła na ziemię, pociągnąwszy ze sobą co się dało i nie pomogła parada znakomitego goalkipera. Panu Zbyszkowi pozostało jedynie po sobie posprzątać. Co czynił z dużym wdziękiem.
Wychodząc z tej podbramkowej sytuacji obronną ręką.